Jak zostałem maratończykiem
Jak zostałem maratończykiem
Zaczęło się od dużego kopniaka w cztery litery, którego doświadczyłem od swojego rodzonego brata.
Kopniak nie był dosłowny. Był słowny.
„Maratończyk”.
Nawet przez myśl mi wtedy nie przeszło, że kiedyś będę mógł powiedzieć o sobie właśnie w ten sposób.
Najpierw się obraziłem. Później jednak przemyślałem jego słowa. A chwilę później rozpocząłem walkę ze swoimi 110 kilogramami.
Pomyślałem sobie: tak, ma rację. To najwyższy czas na zmianę stylu życia.
I od początku nie chodziło mi o wynik na trasie. Chodziło o zmianę.
Od truchtu do biegania
Nie zacząłem oczywiście od ambitnych treningów biegowych ani od planowania startu w maratonie. Na początku był po prostu trucht przeplatany bieganiem.
Do pracy zacząłem również jeździć rowerem. Bez względu na pogodę.
W ten sposób każdego dnia miałem dwa dodatkowe treningi po około 40 minut.
Apetyt na sport rósł w miarę jedzenia. A waga spadała.
Z czasem bieganie przestało być tylko sposobem na schudnięcie. Zaczęło sprawiać mi przyjemność. Chciałem biegać więcej, poznawać nowe miejsca i sprawdzać, na ile mnie stać.
Wtedy jeszcze nie wiedziałem, dokąd mnie to wszystko zaprowadzi.
Pierwszy start na 10 kilometrów
Moim pierwszym zorganizowanym biegiem był start na dystansie 10 km w biegu towarzyszącym Maratonowi Warszawskiemu w kwietniu 2015 roku.
Impreza zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Rozmach, wielkie miasteczko dla biegaczy, przejście nad ulicą przy Stadionie Narodowym. Wszystko było dla mnie nowe. Pamiętam również przemawiającego na starcie prezesa sponsora imprezy, który wyglądał niemal jak Gierek przemawiający z trybuny podczas święta pierwszomajowego.
Była to również impreza z najbrzydszym medalem ze wszystkich biegów, w których później brałem udział. Mam jednak do niego ogromny sentyment.
To był mój pierwszy medal.
I przede wszystkim był to dla mnie ważny moment. Poczułem, że chcę więcej. Że chcę brać udział w takich imprezach i być częścią tego biegowego świata.
Z miesiąca na miesiąc zwiększałem kilometraż. Startowałem w kolejnych zawodach i poznawałem nowe miejsca.
Bieganie pokazało mi również okolice, których wcześniej z kanapy po prostu nie było widać.
O moich ulubionych ścieżkach biegowych możesz przeczytać w innym wpisie na www.hapyyrunner.pl/blog
Kolejnym krokiem był półmaraton.
Mój pierwszy półmaraton przebiegłem w sierpniu. Był to Półmaraton im. Janusza Kusocińskiego, którego trasa prowadziła z Błonia do Bożęcina Dużego.
To był dla mnie kolejny duży krok.
Janusz Kusociński był jednym z najwybitniejszych polskich lekkoatletów. Złoty medalista olimpijski z Los Angeles w biegu na 10 000 metrów, medalista mistrzostw Europy i człowiek, którego nazwisko na stałe zapisało się w historii polskiego sportu.
Sam bieg wspominam przede wszystkim z jednego powodu.
Było gorąco. Bardzo gorąco.
Trasa półmaratonu jest płaska. Nie ma na niej podbiegów, zbiegów ani większych zmian terenu. Jest za to asfalt i niewiele cienia. Mój wynik był daleki od marzeń. Ale wtedy wynik nie był najważniejszy. Najważniejsze było to, że pokonałem dystans 21,0975 km, o którym jeszcze rok wcześniej nawet nie myślałem.
I pojawiła się kolejna myśl:
Czy warto zatrzymać się w połowie drogi? Nie. Oczywiście, że nie.
Połowa dystansu to tylko pół maratończyk. Trzeba było zrobić kolejny krok.
42,195 km. Czyli jak zostałem maratończykiem
Kolejnym celem był dystans królewski. 42,195 km. Mój debiut maratoński zaplanowałem w Warszawie, podczas 39. edycji Maratonu Warszawskiego.
Do startu podchodziłem z ogromnym respektem. Maraton to przecież zupełnie inna historia niż 10 kilometrów czy nawet półmaraton.
W głowie pojawiały się setki pytań.
Jak pokonać 42,195 km?
Jak utrzymać odpowiednie tempo?
Co zrobić, jeśli przyjdzie słynna „ściana”?
Jak rozłożyć siły?
Czy dam radę dobiec do mety?
Do tego wszystkiego dochodził jeszcze jeden szczególny cel.
Na 40. urodziny przebiegnę 42 kilometry.
Spotkaliśmy się ze Zbyszkiem na miejscu. Był stres, ale była też ogromna wola walki i chęć udowodnienia przede wszystkim samemu sobie:
Dam radę.
Start pierwszego maratonu
Wystartowaliśmy.
Początek pobiegłem raczej spokojnie. W pobliżu znajdowała się bardzo kolorowa grupa, której częścią był między innymi aktor Jakub Wesołowski. Pchali jakąś wielką platformę.
Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że to Spartanie Dzieciom.
Ja byłem przede wszystkim skupiony na jednym.
Pokonać maraton.
Z samej trasy pamiętam pojedyncze obrazy. Świątynię Opatrzności Bożej, Trakt Królewski i ogromną liczbę kibiców.
To właśnie kibice zrobili na mnie ogromne wrażenie.
Tysiące ludzi przy trasie, doping, muzyka i świadomość, że wszyscy uczestniczymy w czymś wyjątkowym.
A później była meta.
4:32:28
Do mety dotarłem po 4 godzinach, 32 minutach i 28 sekundach.
I wtedy stało się coś, czego kompletnie się nie spodziewałem.
Rozpłakałem się.
Ze szczęścia.
Chodziłem nad ziemią przez kolejny tydzień.
Radość z ukończenia pierwszego maratonu była ze mną bardzo długo. I niewiele zmieniał fakt, że na mecie byłem 4216. osobą.
Bo czy naprawdę miało to wtedy jakiekolwiek znaczenie?
Nie.
Pokonałem dystans, którego jeszcze kilka lat wcześniej nie byłem sobie w stanie wyobrazić.
Z człowieka ważącego 110 kilogramów, który zaczynał od truchtu i jazdy rowerem do pracy, stałem się maratończykiem.
I właśnie dlatego ten pierwszy maraton pozostanie dla mnie wyjątkowy.
Czego nauczył mnie pierwszy maraton?
Przede wszystkim tego, że czasami największą przeszkodą nie są nogi, tylko głowa.
Kiedy zaczynałem biegać, nie myślałem o maratonie. Najpierw chciałem po prostu ruszyć się z miejsca. Później przyszedł pierwszy bieg na 10 km, następnie półmaraton, a dopiero potem 42,195 km.
Każdy dystans był kolejnym krokiem.
Nie trzeba od razu myśleć o maratonie, kiedy zaczyna się biegać.
Warto postawić sobie pierwszy, możliwy do osiągnięcia cel. Potem kolejny.
I jeszcze jeden.
Aż pewnego dnia okazuje się, że robisz rzeczy, które wcześniej wydawały Ci się kompletnie poza zasięgiem.
Warto dążyć do celu. Warto walczyć ze swoimi słabościami. Warto wychodzić ze swojej strefy komfortu.
Bo czasami wszystko zaczyna się od jednego zdania.
Nawet od zwykłego:
„Maratończyk”.
A potem zostaje już tylko 42,195 km.
I uśmiech na mecie.

